z archiwum mo z ramka „Tak sobie od jakiś paru miesięcy czytam regularnie blogi naszych internetowych gwiazdeczek (Szydłowski, Strózik, Lazar M), chciałbym się podzielić swoją opinią..." – napisał Tomek Kwaśnicki (mąż powiatowej radnej Elżbiety Kwaśnickiej, wieloletniej skarbniczki Sojuszu). Na koniec dodał, że chciałby poznać również moją opinię. Bardzo proszę...

Wpis TKW na bedzin.naszemiasto: „Tak sobie od jakichś paru miesięcy czytam regularnie blogi naszych internetowych gwiazdeczek (Szydłowski, Strózik, Lazar M.) Chciałbym się podzielić swoją opinią. Dwóch pierwszych pisze swoje blogi tylko dlatego, że czują sie przegranymi ostatnich wyborów. Przy czym o ile Strózik sprowadza wszystko do tego ile kto może wypić, ale zachowuje jakiś poziom, to Szydłowski koncentruje się tylko i wyłącznie na obrażaniu swoich politycznych i wyimaginowanych wrogów (czytaj 99% społeczeństwa Będzina - zresztą za swoje artykuły ma sprawę w sądzie). Jedynie Marcin Lazar prezentuje przyzwoity poziom, choć oczywiście też patrzy na nasz świat przez pryzmat swoich politycznych okularów (w końcu każdemu wolno wyrażać swoje poglądy). Podsumowując. Nasi bohaterowie uwierzyli jakiś czas temu, że będąc w sieci, zaistnieją jakoś w świadomości społecznej. Mam wrażenie, że zapomnieli tylko o jednym. Mianowicie, że klepaniem w klawiaturę, niekoniecznie da się zmienić świat. Rzeczywistość realna tym się różni od wirtualnej, że jest naprawdę. Sądzę, że powinniście się Panowie, wziąć za uczciwą działalność, którą będziecie się mogli pochwalić w Waszych blogach. Bo takie wirtualne ujadanie nic sensownego nie daje - no chyba, że zaspokaja Waszą próżność".

No cóż, drogi Tomku chciałoby się powiedzieć – witam w przestrzeni wirtualnej, ale na ile się orientuję, jesteś w niej obecny już od dłuższego czasu. Na pewno znacznie dłużej niż wspomniane przez Ciebie kilka miesięcy... W sumie nie istotne, ważne i chwalebne jest to, że nie ukryłeś się pod jakimś bezpiecznym Nickiem, ale otwarcie poinformowałeś o swoim wpisie. Chciałem Ci za to podziękować, zwłaszcza, że nie jest to niestety (w dzisiejszych czasach brudnej polityki) standardem debaty publicznej. Nadmienię, że z tego samego powodu szanuję też rzeczonych blogerów – Adama i Marka, niezależnie od tego, czy zawsze zgadzam się z ich poglądami.

Nie podejmuję się tu oceny tego, kto jest przegranym, a kto wygranym ostatniego rozdania. Wszak łaska wyborców na pstrym koniu jeździ, a poza tym zauważyłem, że często dopiero po upływie kilku lat wychodzi na jaw, kto rację miał, a kto błądził po omacku. A zatem - jak mawia jedna z nielicznych dam będzińskiej polityki - czas pokaże, kto fajny był, a kto fajnym wydawał się być tylko na początku.

Dziękuję Ci za ciepłe słowa pod moim adresem - te dotyczące pisania „Moim okiem". Zawsze miło jest usłyszeć pochwałę, zwłaszcza, jeśli tyczy się ona spraw, co do których przykładamy rzeczywiście wielką wagę. Za to całkowicie nie mogę zgodzić się z Tobą w ocenie zaangażowania kolegów blogerów w przestrzeni „pozawirtualnej". (W tym miejscu chciałem napisać o sobie i swojej aktywności, ale Tomek sprostował, że ostatnie zdania jego wypowiedzi mnie akurat nie dotyczą). Niemniej jednak dalej utrzymam swoje votum separatum w tej sprawie. Adam Szydłowski – niezależnie od tego, czy się z nim zgadzamy, czy też nie i niezależnie od oceny jego działania, pozostaje jednym z najaktywniejszych aktorów na naszej scenie politycznej (rzecz jasna - po stronie opozycji). Nie można odmówić mu zaangażowania w walkę z ciemnymi stronami świata stworzonego w Będzinie przez Łukasza Komoniewskiego oraz w zmaganiach o zachowanie pamięci pozytywnych stron minionego, baranowego świata. Ma do tego prawo, o ile nie posuwa się zbyt daleko. Zresztą niestety nie tylko on czasem „idzie po bandzie" - spójrz obiektywnie na swoje środowisko polityczne Tomku.

A Marek – no cóż, musiał odnaleźć się po wyborach i w mojej ocenie udało mu się to. Ma teraz inne, codzienne zmartwienia człowieka spoza polityki (praca, dom, itp.), a w wolnych chwilach pisze o tym, co wie i pamięta z dawnych lat, również o Lewicy. A wie i pamięta sporo. Nie ukrywam, że bardzo mocno zachęcałem Strózia do pisania i chyba dobrze się stało... z moich obserwacji wynika, że jest wielu takich polityków (a raczej politykierów), którzy chętnie zakneblowaliby mu usta. Nieco światła dziennego przyda się zatem w kilku sprawach i wokół kilku szarych eminencji. Pamiętam dla przykładu, jak alergicznie zareagował radny Marian Pietrzyk, gdy zamieściłem na moim blogu pierwsze teksty Marka. Zapowiadał w nich jedynie, że będzie pisał, ale już tyle wystarczyło, by kolorowe rumieńce zagościły na obliczu kolegi z Rady.

Czy klepaniem w klawiaturę da się zmienić świat? To zależy chyba również od tego, co się ostatecznie „wyklepie". Ja wierzę w to, że warto i tą drogą próbować. Jeśli pod wpływem krytycznych tekstów opisujących rzeczywistość przez - jak sam zauważyłeś - moje polityczne okulary, władza zatrzyma się na moment i skusi na refleksję - to może dojdzie do wniosku, że nie ma monopolu na słuszność. Może zweryfikuje to i owo, wybierając alternatywne, bardziej adekwatne rozstrzygnięcie. A może zwyczajnie będzie miała to w nosie. Ale to zależy już nie tyle od autora, ile od naszych bohaterów - gwiazdeczek realnego świata.

Gdzieś w przestrzeni wirtualnej, 30 września 2012

Joomla 3.0 Templates - by Joomlage.com