z archiwum mo z ramka W poprzedniej kadencji nie ustawałem w wysiłkach, by miasto sukcesywnie zwiększało wydatki w dziale 921 – „Kultura i ochrona dziedzictwa narodowego". Tymczasem pod rządami Łukasza Komoniewskiego kilkakrotnie wzrosły wydatki na kulturę i jej promocję. Chyba trzeba się z tego cieszyć, ale... No właśnie, zawsze jest jakieś „ale".

Budżet Ośrodka Kultury, środki w dyspozycji Wydziału Promocji – wszędzie tu zabezpieczone środki przerosły wszelkie oczekiwania i marzenia ludzi kultury. Nic zatem dziwnego, że miasto wszelkiej maści imprezami stoi. Tour de Pologne, wypasione Dni Będzina, biesiady smaku i dyskoteki pod gołym niebem, sylwester, a w zeszłym roku jeszcze dwutygodniowy festiwal w strefie kibica. Wszystko to musi cieszyć. Niestety, w głowach bardziej uważnych obserwatorów euforia miesza się z przekonaniem, że coś tu śmierdzi.
Do niemałych wydatków na kulturę dodajmy inwestycje w edukacji, te wzdłuż trasy wyścigu i termomodernizację budynku biblioteki, wreszcie skatepark, lodowisko, strefy aktywności i zewnętrzne siłownie. Szkoda tylko, że harmonijnie nie współgra to z innymi – ważnymi - obszarami rozwoju miasta. Nie słychać nic o nowych inwestorach w Będzinie, brakuje skutecznych pomysłów na społeczną rewitalizację śródmieścia, ledwo zipią przedsiębiorcy, drogi (zwłaszcza w dzielnicach) wciąż są łatane, zamiast naprawiane, o pomstę do nieba woła stan komunalnego cmentarza. W samej kulturze też nie rozwijamy się harmonijnie. Mimo większych środków tu wydatkowanych, wciąż na niezmienionym poziomie pozostają pieniądze zabezpieczone na dotacje, środki które w drodze konkursu rozdysponowuje się miedzy stowarzyszenia. Wspominała o tym, podczas ostatniej sesji Rady, prezes fundacji Brama Cukermana Karolina Jakoweńko. W nagrodę, za tę garść szczerych słów, kilka osób podobno obraziło się na Panią Karolinę, ale co tam – miała rację dziewczyna i to musi jej wystarczyć.
Będzińskie organizacje pozarządowe – to (o czym już niegdyś pisałem) największe bogactwo naturalne naszego królewskiego miasta. Tworzy je najcenniejsza tkanka lokalnej społeczności. Trzeba tych ludzi wspierać i doceniać. Kolega radny ze starego Warpia już w poprzedniej kadencji postulował (bodaj w ramach oszczędności) rozwiązanie połowy tych stowarzyszeń, a tu trzeba zrobić właśnie coś odwrotnego. Mam nadzieję, że pogląd władzy na tę sprawę nie jest aż tak radykalny. Wróćmy do konkluzji mojej rozmowy z Karoliną podczas ostatniej sesji. To my – stowarzyszenia - mamy robić te wszystkie imprezy w mieście, a nie urzędnicy z nieźle już rozdętego wydziału kultury, sportu i promocji. Byłoby lepiej, z większym entuzjazmem i co ważniejsze – taniej. To takie proste.
Po co dział 921 w miejskim budżecie, po co takie zadanie gminy? No nie dla samych imprez przecież. Twórcy polskiego samorządu stworzyli takie zadanie dla społecznej edukacji, dla ochrony i budowy dziedzictwa narodowego (również tego lokalnego), dla kreowania kulturalnej wrażliwości mieszkańców, a nie utwierdzania ich w, niejednokrotnie, koszmarnych gustach. Proponuję przez ten pryzmat popatrzeć na masówki z dolnej Syberki. Wówczas pojawi się pytanie, po co to wszystko? Jeśli nie edukacja kulturalna, to co? Dobre samopoczucie mieszkańców, zasypiających z przeświadczeniem, że coś w mieście się dzieje? A może chodzi tylko o promocję? Czteroletnią kampanię promocyjną za pieniądze podatników?

Będzin, 24 kwietnia 2013 

Joomla 3.0 Templates - by Joomlage.com